wtorek, 27 czerwca 2017

Internet friendship #2

Ohayoo !
Czuję się jak zakłamany kłamca.
 Mamy już koniec czerwca, a ja dalej nie zrobiłam nic w kierunku ani:
- opowiadań
- wpisu o wycieczce
- wpis z imvu
Czy chociażby nawet nie zabrałam się za żaden z rysunków. To znaczy, rysowałam coś, ale za każdym razem uznawałam, że jest okropne, a następnie praca lądowała w koszu...
Jedyne miejsce, gdzie za cokolwiek się zabrałam to blog WKK. LINK!

Może się poprawie... może..

Postanowiłam zrobić kolejny wpis na temat internetowej przyjaźni.
Ale to nie będą znowu. wypociny o tym, że nie każda poznana osoba musi być pedofilem, że mimo kilometrów, ta przyjaźń jest dużo, dużo trwalsza... nie.
Już raz coś takiego pisałam, dlaczego miałabym się powtarzać? Co nowego bym niby wniosła? Tego jest pełno w internecie, a ja postanowiłam oddać tu cząstkę siebie, swojej historii, a każda historia jest na swój sposób wyjątkowa.
Nie robię tego wpisu bez powodu, od tak bo się nudzę. Bo nie mam o czym pisać. Przecież mam. Jest tyle rzeczy, które chciałabym umieścić na tym blogu, ale nie potrafię się w sobie zebrać.
Trochę jak wczoraj pod drzwiami do pokoju moich rodziców. Zacięłam się i koniec. Dalej nie pójdę...
Właśnie...

Wczoraj razem z Wiktorią i Julią postanowiłyśmy uczynić krok do przodu w kierunku naszego spotkania.
Kolejny krok naprzód w naszej przyjaźni.
Już nawet nie wiem, który to. Było ich wiele.
Począwszy od zakładania dla siebie różnych portali (GG, ask, momio...).
Dodaniu się na facebook'u, a na wczorajszej rozmowie kończąc jak na razie.
Można to nazwać zarazem czymś pięknym, ale też niezwykle stresującym. Nawet przed egzaminem gimnazjalnym tak się nie bałam. Ci, którzy mają internetowych przyjaciół pewnie mnie rozumieją. 
Najzabawniejsze jest to, że ten cały strach był niepotrzebny, a całe "ukrywanie" z tym przez 3-4 lata bezsensowne.
Ale zanim zacznę się na ten temat wywodzić, może opowiem jak to było...
(Posłużę się trochę tym, co już pisałam na asku).

Były może miesiąc, a może dwa do końca roku, kiedy my już zaczynałyśmy ustalać, że musimy się spotkać na wakacjach, a w tym celu musimy powiedzieć w końcu z rodzicom.
Rzecz jasna to był problem tylko mój i Julii. Mama Wiktorii wiedziała już od jakiegoś roku, a ta nalegała ją na spotkanie pewnie nie raz.
Pozostałyśmy my takie dwie, które kompletnie nie wiedziały jak się za to zabrać. Jak zgadać? Od czego zacząć?
Co, jeśli tego nie zaakceptują? Co, jeśli zabronią nam ze sobą pisać? A, jeśli nas wyśmieją? Będą chcieli sprawdzić nasze galerie, konwersacje? Jeśli nasze relacje jeszcze się pogorszą?
Do tego wciąż miałam w głowie słowa mamy, które niezbyt mnie zachęcały do tego.

"Ty z nikim już nie rozmawiasz. Chyba tylko z telefonem"

A na podstawie tego dorabiałam sobie własną wersję zdarzeń. Jak może na to zareagować...
np. "To tutaj sobie nie możesz przyjaciół znaleźć? Zawsze tylko z nosem w komórce i do ludzi nie wyjdziesz. Z nikim już nie gadasz."
Nie podobała mi się wizja tej rozmowy. Za każdym razem, gdy ją sobie wyobrażałam to odnosiłam wrażenie, że uzna mnie za nienormalną, jeszcze bardziej niż już czasem mnie ma. Czułam, że przy dziewczynach będzie milutka, a później czeka mnie "poważna rozmowa", która dobrze się dla mnie skończy.
Próbowałyśmy też zrobić coś na "spontanie". Jedna drugą wyganiała, gdy razem rozmawiałyśmy na Skypie: "Idź po mamę.", "No Julka idź", "Przyprowadź tatę", "Zobaczą, że nie jesteśmy pedofilami"...
Oczywiście to nie miało szansy na powodzenie. Albo za bardzo się wstydziłyśmy, albo pojawiały się inne "komplikacje".
I tak mijały tygodnie, a stres rósł, bo wiedziałyśmy, że na tych wakacjach musimy powiedzieć. Najlepiej na początku. Potrzebowałyśmy tylko dobrego pomysłu: W jaki sposób im o tym powiedzieć?
Zadając sobie to pytanie, błyskotliwa Jessie wpadła na pomysł. A gdyby tak, przyprowadzić rodziców i zadzwonić? Trzy razy tak! Wniosek przeszedł!
Był to ostatni tydzień szkoły. Wtedy nie odczuwałam tak jeszcze tego lęku. Zmieniło się to po zakończeniu, gdy zaczęłyśmy więcej o tym pisać. Mój żołądek z każdym dniem wyczyniał coraz to większe akrobację, zapętlał się aż ostatecznie powstał z niego taki supeł. Gdybym miała to zobrazować to wstawiłabym tu zdjęcie słuchawek od telefonu, po całym dniu  trzymania w kieszonce.
Za każdym razem, gdy pojawiała się wzmianka o rozmowie z rodzicami ręce się trzęsły. Ha! chciałabym, żeby to były tylko ręce. Czasem trzęsłam się cała, jakby w moim pokoju zaczęła spadać nagle temperatura. 
Ale też momentami czułam, jakby moje serce dostawało skrzydeł i samo chciało przelecieć wszystkie kilometry dzielące mnie z przyjaciółmi. Wznosiło się wyżej i wyżej, tylko po to, żeby zaraz upaść i z impetem uderzyć o ziemię. Ta z kolei przypomniała mu, żeby nie robiło sobie na darmo nadziei.
Już sama nie wiedziałam czego chce. Wszystkie emocję się ze sobą zlewały: radość, strach, stres, podekscytowanie...
Wmieszały się w to jeszcze: zauroczenie, przybicie, zawód...
BYŁAM JAK WIELKA BOMBA EMOCJONALNA ;-;
Tik-tak, tik-tak... Kiedy Jessika wybuchnie?
Czym ostatecznie wybuchnie?
To było naprawdę przedziwne uczucie. Takie łaskotanie w sercu, trochę jak podekscytowanie. Nie mogłam się doczekać. Bardzo chciałam to zrobić, ale z drugiej strony jeszcze bardziej się bałam.
Kiedy jechałam na imieniny babci, moje serce chciało wyskoczyć mi z piersi. W głowie miałam tylko ten dzień, tą jedną rozmowę. Tego dnia miałam wrażenie, że co by mi nie podali to zaraz wróci na talerz.. albo nie koniecznie talerz..




POCZĄTEK DNIA OSTATECZNEGO:

Wstałam i... co mogła zrobić Jessu?... od razu dorwałam się do telefonu.
Przywitał mnie niewielki spam od dziewczyn. Wniknęło z tego tyle, że rozmowa może się przesunąć, o trzy lub nawet cztery dni, o ile nie bardziej.
Wstyd mi się przyznać, ale poczułam swojego rodzaju ulgę. Mentalnie wciąż nie byłam na to gotowa. Moje zaufanie do mamy leży tak głęboko pod ziemią, że nie wyobrażałam sobie tej rozmowy zakończonej pomyślnie.
Jednak szybko sytuacja się "poprawiła". Rodzice wrócili wcześniej.
Musiałyśmy zacząć się przygotowywać.
Oczywiście miałyśmy nawet swój plan rozmowy...
  • Przedstawiamy się
  • Mówimy im, gdzie się poznałyśmy
  • Co to za strona (ewentualnie co to rp)
  • Później pytamy, czy chcą wiedzieć dokładniej, a w razie odpowiedzi twierdzącej:
    • Juls opowiada o tym, jak grałyśmy pod różnymi nickami i właściwie się nie znałyśmy
    • Ja mówię o stadzie lwów i pewnie początkach watahy
    • Wiku mówi o "etapie 3 i 4", czyli o watasze oraz całej reszcie
  •  Ewentualne pytania
  • Mówimy, że chcemy się spotkać
  • Proponujemy im wspólną rozmowę i zostawiamy samych
 Wszystko wstępnie było przewidziane na godzinę 18:00.
Razem z Julką przez ten czas umierałyśmy, wymyślałyśmy jak zginąć. Nawet pytałyśmy chłopaków, którzy lekką mówiąc, mięli nas trochę... gdzieś. Qu oglądał anime, Disza głównie pieprzył o budowlance...Super..
Ledwo się trzymające poszłyśmy na osu...

GODZINA OSTATECZNA:
Musiałyśmy już iść po rodziców. Nadszedł ten czas. Dochodziła osiemnasta, godzina naszego prawdopodobnego zgonu.
Spanikowałam. Wciąż nie byłam na to przygotowana, a z nerwów zaczęłam sobie żartować. Chyba przez śmiech chciałam pozbyć się strachu, rozluźnić się... eh. Jak przyszło co do czego, nie pomogło.
Poszłam na górę. Miałam nadzieję, że rodzice będą tam oboje. Pomyliłam się,  dlatego stanęłam przed drzwiami jak wryta z telefonem w ręku i nie wiedziałam co dalej.
Sama nie potrafiłam posłuchać swoich własnych rad.
Pamiętam jak serce łomotało mi jak oszalałe, a nogi miałam jak z waty. Słabłam na schodach... z nerwów. Byłam pewnie bledsza od ściany na korytarzu...
Wolałam uciec niż odwiedzać smoczą pieczarę, ale też chciałam tam wejść i mieć to już za sobą, jednak miałam jakąś blokadę. Nawet jeśli znalazłabym się już w środku to pewnie nic bym z siebie nie wykrztusiła i poszukała jakiejś wymówki...
Więc ustaliłam, że poszukam najpierw taty, a jego wyśle do mamy.
Taki ze mnie tchórz... Słaby żołnierz...Dezerter.
Byłam pewna, że tata siedzi w swojej "pracowni". Nie wiem jak najlepiej nazwać to miejsce.
Komórkę zostawiłam na bagażniku samochodu, a sama poszłam na "rozmowę".
Wyglądało to tak:
Jessu podchodzi... Otwiera drzwi, a przy tym jedną nogą odgania psa, żeby tam nie wszedł i woła.
Przychodzi tata... Patrzy na mnie wzrokiem "O co ci chodzi?", a ja nie przemyślałam tego i zaczynam się dukać.
J: *Patrze tak na niego* Możesz się ubrać i pójść po mamę?
T: Ale co chcesz?
J: N-no, bo chciałam, żebyście z kimś porozmawiali... *dukająca się ja*
T: *Patrzy na mnie jak na upośledzoną śmiejąc się* O co ci chodzi? Teraz?
J: No.. czekają..
T: *Po chwili męczenia idzie*


Gdy on poszedł po mamę, ja zeszłam na dół do komputera, żeby odebrać. Byłam spięta. Przed sobą miałam tylko Wiktorię i jej mamę. Musiałyśmy czekać na Juls.
Ja. W jednym pokoju. Z rodzicami. Oni nie mieli pojęcia, co ja odstawiam. Tym większy stres.
W końcu poprosili mnie do kuchni, żądając więcej wyjaśnień, a że ja wciąż byłam owładnięta stresem to zbyt wiele też im w sumie nie powiedziałam.
"To jest Julia. To Wiktoria. Julia jest z Łodzi, a Wiktoria z okolic Mielca. Znamy się trzy lata i chce spotkać" ~ tyle dowiedzieli od jąkającej się dziewczyny

Byli roześmiani.
Dalej nie wiem, co ich tak bawiło.
Tata stwierdził, żebyśmy sobie planowały i poszli na górę.
...
Cała ta sytuacja właściwie śmieszyła nie tylko moich rodziców.
Z rodzicami Julki było podobnie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Tak... Co tu więcej opowiadać?
Może nie wszystko poszło po naszej myśli...
Co ja piszę? Właściwie nic  nie poszło tak, jak sobie to zaplanowałyśmy, a mimo to rozmowa zakończyła się pomyślnie.
Chociaż liczyłam, że jednak usiądą, porozmawiają sami ze sobą. Być może nawet lepiej się poznają, a dzięki temu, prędzej się spotkamy we trzy. Jednak dla nich ta rozmowa była czymś zbędnym.
Naszej historii również nie poznali. Trochę to przykre, bo ona sama w sobie jest piękna przynajmniej dla nas.
No cóż.. nie można mieć wszystkiego.
Zaakceptowali naszą przyjaźń. W kwestii spotkania nie było stanowczego "nie", a to chyba najważniejsze. Prawda?
Naprawdę nie było tak źle, jak każda z nas to sobie wyobrażała.
Cały strach, stres... wszystko to było zbędne.
Śmiesznie, nie?

Nie wiem czy ta historia, a raczej jej krótki i nieudolnie spisany fragment mogłyby by komuś pomóc.. czy nauczyć czegoś...
Nie powiem wam przecież "Nie bójcie się, bo nie ma czego".
Stres zawsze będzie.
Każdy rodzic jest inny.
Każdy może inaczej zareagować.
Zawsze jest się czego bać... Ludzie boją się nieznanego.. To.. naturalne..
Zaczynam już mówić od rzeczy...
Po prostu.. Starajcie się nie przejmować aż tak ich reakcją, bo tak właściwie nawet jakby chcieli to nie dadzą rady zabronić wam ze sobą pisać.
Jest mnóstwo portali społecznościowych.
Gier.. a jeśli znacie się długo to pewnie macie zapisane gdzieś swoje numery, więc... takie zakazywanie nie ma sensu.
Powiedzą wam, żebyście usunęli facebook'a? I tak założycie nowe.
Zmienią wam numer? Bezsensu.. Strata czasu...

Chociaż właściwie sama dalej nie wiem jak to się potoczy.
Zgodę na spotkanie wyraził tylko mój tata, natomiast mama chyba wolała zapomnieć o sprawie. Jak na razie nie wspomniała nić.
Po całej "akcji" jedyne co od niej do końca dnia usłyszała to: "Daj psu wody". Tyle..
Yhm, a ten śmiech wyglądał bardziej jak "Moje dziecko zwariowało! Pomocy, bo nie wytrzymam. Chyba upadła na głowę!"
Mimo to jestem pozytywnych myśli. Pierwszy raz, aż tak bardzo w coś wierzę.
Powiedzieli, żebyśmy same planowały? Challenge accept <3 !



"Kiedyś poznałam cię przez przypadek.
Teraz chcę, żebyś przez przypadek został w moim życiu na zawsze" 


"Przyjaciółki to takie dwie idiotki, których nikt nie rozumie... A one rozumieją się nawet bez słów!"


"Blisko czy daleko
SIOSTRY
Zawsze zostaną połączone sercem"



Trzymajcie się!
~ Jessu Karola

niedziela, 28 maja 2017

Wpis poświęcony fotografii.. ~ Łeba

Hello meine karpie <3 !
#Poldeuglish_Forever
Czy  coś..

Mówiłam, że jak robię kilka wpisów w niedalekich odstępach to potem długo mnie nie ma i nie potrafię zabrać się za pisanie... Jak widać dwa pod rząd wystarczą.
Miałam pomysł na jeden, który bardzo chciałam zrealizować, ale czasu mi brakło.
Wygląda to tak, że w tym tygodniu również, gdzieś mi ucieknie przez poprawki. Koniec roku, wybór szkoły, dobre świadectwo i te sprawy... Dlatego dwa pozostałe wpisy pojawią się z dużym opóźnieniem raczej..

Soo.. Przez 3-4 dni praktycznie nie było ze mną dobrego kontaktu tak właściwie to go nie było, tylko od czasu do czasu wysłałam coś głupiego poszczególnym osobą., gdyż iż ponieważ byłam na wycieczce. Gdzie? Najprościej i najszybciej będzie chyba powiedzieć, że na Pomorzu, głównie trójmiasto.
Dzisiaj dużo się ode mnie nie dowiecie, bo piszę bardziej na siłę.
Jestem leniwa.
Nic mi się nie chce.. Chociaż w sumie chce.. spać.. ewentualnie zajadać się żelkami, a potem narzekam, że mi dupa rośnie.. 
Ale też, dlatego że pierwszego dnia nic takiego się nie działo. Możliwe, że powodem tego było niewyspanie moje, Pauli, jak i w sumie reszty.
Jedenaście a może dwanaście godzin jazdy autobusem - Kill me please.. !
Jedyny, odpowiedni komentarz.
Nie mogłam zasnąć, bo było mi nie wygodnie, a jak już się ułożyłam i wydawało mi się, że to będzie odpowiednia pozycja to za parę minut tyłek zaczynał mnie boleć i tak się nie dało... Albo, jeśli już udało mi się już zasnąć to jak nie ręka mi drętwiała to postój, a potem wszyscy rozbudzeni gadali albo te wyboje w Łodzi (wtajemniczeni zrozumieją).
Więc o ile w nocy mało co spałam, tak później nadrobiłam w dzień, w między czasie słuchając o aborcji, anime, robieniu mydła.. a i pakowaniu kogoś do okienka życia, znaczy sześciu różnych okienek i do każdego po jednej części ciała (Jego mogłabym tak wpakować, pokroiłabym go tą jego kosą i byłby na reszcie spokój c':).

*Postój*
*Wszyscy nie wyspani, stoją jak żywe trupy, nawet nauczyciele mają dość*
*Takiego jednego debila na tyłach nosi, a przez niego trzy dziewczyny i cały autobus musi słuchać jak grają w czółko*
P: Wywalmy go przez okno.
J: Czy młotek jest właśnie na takie sytuacje awaryjne?
P: Tak
J: *Snuje swoje plany: "Kacpełkuu! Mam dla ciebie kołysankeee! Będziesz lulał na wieki!"*

Z początku byłam pełna energii i pozytywnych emocji.
(Myślałam, że na wycieczce jodem się naćpałam, ale to chyba jednak kocyk dawał nam te pozytywne "wibracje" albo to było kopanie patologii z tyłów).
Może już wtedy potrzebowałam snu, bo mówiłam o układzie planetarnym... Żeby nie rozpisywać się na temat głupoty w autobusie to powiem tylko, że od dzisiaj mówi się "Jesteś wzruszający jak poduszka". To bardzo dobry komplement! A jeśli ktoś się obrazi to znaczy, że się nie zna! Hmpf!
Tak.. poważnie płakałam przez poduszkę. Tyle w temacie.
Widoki za oknem wcale nie pomagały w późniejszym niezaśnięciu - rzepak, las, rondo, wiatraki i znowu morze rzepaku...

*Wszystko co podziwiałam większość dnia.. nie uchwyciłam rzepaku ;u;*
"Tereny płaskie jak dziewczyna Patryka"

Jak można przeczytać w tytule, pierwszy dzień to była Łeba. Tylko Łeba.
Piasek, woda, parę mew i znowu piasek, piasek i więcej piasku w moich butach ~ opisałam wam właśnie nasz cały dzień.
No dooobra.
Było bardzo wietrznie, a niemądra Jessu żeby nie użyć gorszych obelg stwierdziła, że pójdzie w rozpuszczonych włosach, bo to w końcu tylko plaża. 
I tak właśnie mnie wydmuchało, że aż jeden kosmyk włosów zaczął mi lewitować.
Zdjęcia nie dam, bo moja mor.. twarz jest tam bardziej krzywa niż zwykle, mimo że chowa się za telefonem.
Ogólnie stwierdzam, że pogoda się udała i to bardzo.
Nie przewidziałam, że będzie tak pięknie i brakło mi koszulki z krótkim rękawkiem na ostatni dzień.
Jedyne co bym zmieniła to współlokatorki w pokoju.. Chciałyśmy być w 3-osobowym z Klaudią - dziewczyną z 1a (?), która z nami chodziła, ale pokoi brakło i wylądowałyśmy w szesnastce, czyli największej patologii, bo to u nas zbierali się chłopaki.. po czym chowali się po kątach pokoju.. a dziewczyny podrywały naszego wychowawcę.. Także ten no..
[Chyba zdziwienie nauczycielki jak zobaczyła mnie i Paulinę w jednym łóżku nie było najgorsze..]
I też dlatego kontakt był ze mną taki, że go nie było, bo prąd nie wyrabiał z ładowaniem telefonów c':

A teraz jakże fascynujące zdjęcia plaży... i może z dwa filmiki:



Nie chciało mi się usuwać rozmów... Przepraszam to tak trudno pobrać program do tego ;-; !
I jeszcze sorry za moją dłoń w jednym momencie, ale chciałam poprawić tel i zapomniałam o kamerce.. ups?



Może jeszcze dla urozmaicenia, bo więcej nie ma co wysyłać piachu..
Znowu wracam do robienia bezsensownych zdjęć! 



Oczywiście mówiłam, że na wycieczce kupię książkę..


I Puszełek dla osłody:


MUSIC:





~ Jessu Karola

sobota, 6 maja 2017

Jajecznica ze szczypiorkiem! #1

Konnichiwa!
Jak obiecałam tak jestem.. o dziwo po trzech dniach.
Nie cieszcie się tylko, bo jak piszę zbyt często, to potem są takie długie przerwy.
Na wstępie, w poprzednim wpisie zapomniałam dodać, że w między czasie założyłam kolejnego bloga, którego tematem głównie miało być CM, ale że ta gra chyba już całkiem wymarła (a przynajmniej ja nie mogę na nią wejść na żadnej przeglądarce) to jest o Imvu!
Można zapoznać się tam z moją patolą, o której kiedyś tu może wspomnę. 
LINK! 
Tak więc zapraszam, ale nie odpowiadam za wszelkie uszczerbki na waszej psychice oraz tygodniowe załamanie po przeczytaniu tego.
Na tym blogu w galerii znajdują się wszystkie zdjęcia z imvu, jakie były na tym blogu.

Ona poleca:

Widzicie? Aż brak słów!
A dzisiaj mam dla was cytaty z Jet Crew!!
Na początek mój ulubiony cytat Frosty'ego:

"Frosty: Chcecie zobaczyć go martwego...? Nie, nie posunąłbym się do tego... *Wzrok na Craze'a* Zacznij uciekać... Raz.."

Gra w szarady:

*Frosty pokazuje liść*
Craze: Pomarańczowy... klon.. liść.. roślinka.. 
 *Frosty podnosi różę, wskazując na płatki*
Craze: Kwiatek! Róża! Płatek, płatek, płatek!!! Kwiatek! Um... roślinkaaaa... fotosynteza, biologia? Nie wiem! Pieprzyć to, nie jestem biologiem! 
*Frosty nie wytrzymuje*
Frosty: CZERWONYYYY!!!!!!
*Zaczynają się zachodzić ze śmiechu*
Frosty: Kurwa, kolor czerwony! *Rzuca kwiatka* Ty pieprzony...
Craze: Czerwony! Czerwony!
Frosty: Jak to odgadłeś? Powiedz mi kurwa, jak to odgadłeś?! Ha? Pomiń to!
*Craze dodaje sobie punkt (?)*
Frosty: Wiesz co? Spierdalaj!
*I obaj w śmiech*


Kategoria: filmy 

*Frosty robi sobie rogi, żeby pokazać diabła*
Craze: Byk! Diabeł!
*Teraz Frosty pokazuje na siebie*
Craze: Diabeł... Sparta... penis...
Frosty: *Pokazuje na siebie oburzony* To jest Sparta?! Sparta penis? Devil inside! 

*Frosty pokazuje "x" z palców*
*"xXx (Triple X)"*
Craze: Krzyż, x? X-man!  X-files! Wolverine! 
*Frosty: wtf?*
Craze: x, x, x... x
*Frosty pokazuje trzy*
Craze: Trzy x.. x 4.. x 3... xbox 3! 
Frosty: To film!
Craze: X-man!!
Frosty: NIE!
Craze: Expendables! 
Frosty: NIEEE!
Craze: eks.... ekscytujący! X... xxxxx... sex! Pornhub 3! 3 x! 
*Frosty nie wie czy ma się śmiać, czy płakać*
Frosty: Pomijaj! Nie zgadniesz! 
*Chwilę później*
Frosty: To było Potrójny X! 
Craze: Powiedziałem potrójny X!
Frosty: Nie! Powiedziałeś x 3! Powiedziałeś potrójny X porno! 


Kategoria: zwierzęta

 *Craze zaczyna wydawać dziwne odgłosy, próbując udawać bobra, gryzącego drewno*
Frosty: Lodziarz! 
Craze: Co?
Frosty: Lodziarz!

 *Frosty ryczy*
Craze: Lew! Tygrys! 
Frosty: Są takie kabriolety!
Craze: Dodge.. ram
Frosty: Od nazw zwierząt!
Craze: Nissa... Toyota!! O kurwa, zapomniałem! Pieprzony kutas!! Czy to kutas?
Frosty:  *kopie fotel* Pieprzony jaguar!!!! 
Craze: Powiedziałem jaguar!
Frosty: Nie powiedziałeś! Powiedziałeś "pieprzony kutas".
Craze: Z Toyotą byłem blisko
*Frosty załamka*
  
*Frosty pokazuje na swoje jaja*
Craze: Robić siku! Małpa! Robić siku! Siku! Ee... ssać! Jaja! Kurwa nie wiem, KURWA! 
Frosty: Paw! (Peacock)
Craze: Ooo paw... 
Frosty: Sikam (pee) i wskazuje na pitola (cock). Paw!
Craze: Ale kurwa jesteś innowacyjny! 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
 Gdy postanawiasz założyć skype i okazuje się, że twoje karpie też mają, więc patologia przechodzi na nowy portal:

POZDRAWIAM PTASZNIKI :3!
Muzyczka: 


I to z rozkazu Lilu xD


 
~ Jessu Karola

środa, 3 maja 2017

Jeszcze żyje... chyba...

 ... to, że moja dusza jest martwa się nie liczy. Jestem hybrydą demona z wilkołakiem, pomęczycie się ze mną trochę skarby...
No więc tak... minęło prawie sześć miesięcy od ostatniego posta. Tak przynajmniej twierdzi moja matma, a przynajmniej to, co z niej zostało.
Poprawcie mnie, jeśli się mylę...
Być może to i siedem jak twierdzi Lilu.
Raczej tak jest, bo jeszcze nie dostała tego raka ode mnie i Juli.

PRZEPRASZAM NO, LENIEM JESTEM! 

Przyznam, że w tym czasie zabierałam się do jakiś tam wpisów, ale nic z tego nie wyszło. Jeden nawet ładnie się zaczynał: "Cześć wam... ponownie... po, praktycznie jakiś trzech miesiącach?". Jednak nie potrafiłam nic z siebie "wykrzesać" i tak się skończyły moje dobre chęci.
Wyszło z tego tyle, że moją jedyną aktywnością tutaj przez ten czas było usunięcie niektórych starych postów nic wam nawet nie mówiąc, bo... bo nagle wszystkie słowa z mojego słownika się ulotniły i nie umiałam się ładnie i składnie wypowiedzieć.
Każda moja próba kończyła się porażką, że tak to ujmę. Dlaczego? Sama chciałabym wiedzieć. Taka dziwna blokada twórcza. Jakby do napisania takich kilku prostych zdań była bardzo potrzebna.
Czy będzie mi to wybaczone, czy też nie zależy od was. (Na stos z nią! Na stos! Wiedźmaaaa!!)
Minęło tyle czasu, że zastanawiam się, czy ktokolwiek pamięta, że istnieje taki zakamarek w internecie.
Zaglądał tu ktoś w ogóle? Hm? Pewnie nie.
Ah.. Pozdrawiam użytkownika, Sylwester Stalovy, który piątego lutego zgubił się w internecie i trafił w moje skromne progi, poprawiając mi tym poniedziałkowy poranek. Uśmiechnęłam się czytając jego komentarz... miło.
Am, hm.. um... noo..
Czemu moją osobę tu znów przywiało? Co nakłoniło mnie do powrotu?
Chyba po części moje humorki, bo od kilku dni bardzo chciałam coś napisać.
Jakoś tak potrzebowałam tego...?
A teraz, gdy w końcu się do tego zabrałam, moje serduszko skacze uradowane, a palce same błądzą po klawiaturze, przelewając w nią moje myśli.
Cieszę się, że udało mi się przezwyciężyć na ten moment mojego, wewnętrznego lenia i postaram walczyć się z nim częściej. Przy dobrych wiatrach uwolnię swoją "wenę" i zaleje was postami. A, że jestem dość humorzasta to słuchając teraz jakiejś piosenki mam ochotę się rozryczeć..
Więc.. to chyba tyle z moich wyjaśnień (?).
JEŚLI KTOŚ TU DOTARŁ MOŻE ZOSTAWIĆ COŚ PO SOBIE W KOMENTARZACH :'3
A co? Też pobawię się w takiego raka typu "Zostaw like/superke".

Eeeh.. szykowałam na dzisiaj coś innego, ale ten wstęp wyszedł, aż za długi..
O czym mogłabym wam opowiedzieć, żeby ten wpis nie był taki nudny i żałosny? Co ja mówię, żałosny zawsze będzie. Jaki pan taki kram, prawda?
Moje geny idą w wpisy i ebola się szerzy...
Hmm.. może chcecie posłuchać o tym jak nauczycielka stwierdziła, że szykuje zamach? Niee...
A może o moich cudownych przygotowaniach do bierzmowania? Albo egzaminach? Nie, no co wy..
Moje życie wieje nudą.. kto by chciał słuchać..?
O moich ostatnich zdobyczach? Też nie... jeszcze ich nie przeczytałam bidulki, poczekacie trochę.

Ktoś: A może powiesz w końcu, dlaczego tak postów ubyło?
Dobre pytanie!
O tym mogę powiedzieć.
Była sobie mała, słodka i naiwna Jessu, która przypadkiem wkroczyła w świat internetu i całkiem przypadkiem założyła bloga, a że była mała to i głupia to ta głupota szła we wpisy.. I tak sobie dorastała w tym świecie z przyjaciółmi, a wraz z nią jej posty. Jej poziom wznosił się, a zaraz potem szybko upadał na ryj niczym Flard.
Niestety pisała je, bo pisała, a jakość na tym cierpiała... Nie dało się ich czytać, bo były tak bardzo dziecinne. Jednak robiła to dalej, bo czerpała z tego satysfakcję.
Któregoś dnia coś w Jessice umarło - jej urocze i głupiutkie, jak ona sama, serduszko zostało zranione. Trzynastoletni/czternastoletni Jessik był bardzo przywiązany do swojej.. tak właściwie pierwszej miłości [takiej pierwszej bardziej prawdziwej, powiedzmy].
Parę osób mówiło, że "on" zabrał te jej lepszą część.. Hm.. Jednak tak się złożyło, że w tym czasie zaczęła powoli dojrzewać. Miała jakiś tam progres, a co za tym idzie gdzieś zniknęła ta jej dziecinność.. I trochę zgubiła się ta "uroczość".
Dlatego ten blog już mało pokazywał tej prawdziwej jej..
Ale części postów było jej szkoda, dlatego je zostawiła. Trochę też dla wspomnień..

Oto i cała historia w takim dużym skrócie.
Żeby nie było, trochę tej "uroczości" jest we mnie nadal, ale nie tyle co wcześniej i na pewno nie wylewam jej już wszędzie.
Jeśli wytrwał*ś do końca to masz ode mnie dużą truskawkę!
Oczywiście TRADYCJA <3

Dziękuje eboli Qu .-.
Poza tym...
"Jajecznica ze szczypiorkiem,
 It's like your tongue has to learn"


~ Jessu Karola